Tym razem wybralismy trasą spod Magury Małastowskiej, przez Pątną, Małastów, Jasionkę (może to od jesiennego płaszcza?). Tam koniec asfaltu ,więc przymusowa wysiadka z samochodu, chociaż byliśmy w tym względzie wyjątkiem, bo inni uparcie męczyli swoje metalowe mustangi wzniecając przy tym pieskowe burze i zakłócając wędrówkę np. pytaniem o ... ogień lub czy daleko do schroniska, jakby to dla nich miało jakieś znaczenie.
A z tym ogniem to jakaś dziwna sprawa. Czterech młodych ludzi jechało samochodem kilkanaście kilometrów po wertepach, żeby na końcu drogi kupić zapałki, zapalić papierosy i zaraz wracać. Czegoś tu nie rozumiem, ale wróćmy na nasz szlak...
Najpierw nad naszymi głowami pojawia się uskrzydlona "3-ptasia" rodzinka (jaka szkoda, że nie jestem ornitologiem), która jakoś tak niebezpiecznie zaczęła się nam przygladać robiąc coraz mniejsze okręgi, więc przezornie wzięłam swoje dwa "pisklęta" za raczki, a fortelem idacego na przedzie "starego ptaka", i skręciliśmy ostro w las.
Fortel to grzyby, których ja nie rozróżniam i oprócz pieczarek z marketu nie jem, ale moja druga połowa (jaka tam połowa raczej 3/4 ) zbiera, zbiera i ... rozdaje sąsiadkom. Tym razem też znalazł kilka prawdziwków, maślaków - wierzę mu na słowo, a moja wiara jest wielka, bo teraz się suszą i będą na wigilię do barszczu i kapusty.


My już idziemy całą godzinę, a Radocyny nie widać, za to widoki - coś wspaniałego. Co kilkadziesiąt metrów kamienne krzyże i kapliczki, ukryty w lesie cmentarz z I wojny światowej, jakiś tajemniczy mostek i furtka do starej chatynki - Czarne, kolejna wioska, która nie ma ludzi, chyba, że tak jak my przechodzą i tylko na chwile przystaną, by zerwać kiście czarnego bzu (bardzo zdrowy sok w zimie na przeziębienia), nazbierać kogutków i tarniny (gasiory jeszcze muszą trochę poczekać na odpowiedni wsad).
Idziemy coraz wolniej, albo czas chyba też wolniej płynie albo nogi wolniej niosą.
A dla tego gościa czas się całkiem zatrzymał. Rower oparł o drzewko i śpi sobie w najlepsze - gdy wracamy po 4 godzinach leży dalej w tej samej pozycji. Zaniepokojeni zatrzymaliśmy się, lecz on podnosi głowę mówi: szczęść Boże, więc stwierdzamy w zasadzie retorycznie, że już może zimno, ale nieznajomy brodacz orzekł ze spokojem, że nie i położył głowę na trawiasto-liściastej poduszce - szczęśliwi czasu nie liczą.

Mapa wskazuje, że do Radocyny jeszcze około godziny drogi. To trochę zbyt dużo jak na możliwości "przewodnika stada". Już zaczął rozkładać kocyk u żródeł rzeki Wisłoki, ale skądś pojawił się łaciaty piesek. Pokręcił się, poprzymilał i ruszył w drogę, a my wiedzeni jakąś tajemniczą siłą za nim. Zza zakrętu wyłonił się najpierw dach, potem białe ściany, drewniany płot i otwarte drzwi, a przed nimi... tajemniczy piesek. Dotarliśmy na miejsce - Radocyna Ośrodek Szkoleniowo-Wypoczynkowy Nadleśnictwa Gorlice. Można odpocząć, zjeść posiłek oraz przenocować (36 miejsc), a po odpoczynku wyruszyć np. na Szlak im. Jana Jaworeckiego. No i podziwiać, podziwiać piękną, nieskalana naturę.
Najpierw zamawiamy herbatę z cytryną, a potem przenosimy się na plac grillowy przed schroniskiem i sięgamy do plecaka - chleb, schabowe, ogórki, a potem brzoskwinie, winogrona - wszystko smakuje lepiej, inaczej i szybciej znika w naszych brzuszkach nią w domowych warunkach (nawet dla pieska niewiele zostaje).
Ktoś pyta o bacówkę - mijaliśmy po drodze. Może wstąpimy po oscypki i świeży bundz.
Z trudem odrywamy plecy i uda od drewnianych ław, ale pora wracać. Jakoś mniej interesują nas krajobrazy, uważniej patrzymy pod nogi... Stajemy na moment, by uwiecznić rozdartÄ? sosnę, stado owiec z apetytem smakujących beskidzka trawę i pędzące na nas mustangi...
Z zachodem słońca docieramy do samochodu, jeszcze mała sprzeczka - czy to coś tam pod lasem to bażant czy może jastrząb, czy było 15 czy może 20 kilometrów i kto zjadł ciasteczka...? Było pięknie!
Zanim się tam znajdziecie możecie "pochodzić" palcem po mapie na Szlaku im. Jana Jaworeckiego.
Tekst i foto:
Ewa żarnowska - potrawyregionalne.pl
© JM MEDIA 2006. All rights reserved. |