Poranek wstał cichy, lecz jesienna pogoda zamieniła się w zimową szarugę, a śnieg padał tak gęsto, że na dwa kroki nic widać nie było. Postanowił więc książę przeczekać w zamku aż się przejaśni. Wychylił duszkiem szklanicę miodu i mlasnął z ogromnym zadowoleniem, zwłaszcza, że jak się był dowiedział, miód ów syciły delikatne rączki Jagny, wnuczki starego Jaksy, ojca kasztelana, chyba sto lat liczącego i pamiętającego księcia Henryka Pobożnego oraz matkę jego świętą Jadwigę. Nalał więc sobie Bolko nową szklanicę do pełna i opróżnił ze smakiem. Dobek napełnił ponownie szklanice miodem.
Chociaż słońce zza chmur coraz śmielej się ukazywało, także na drugi dzień nie było księciu sądzone wyruszyć w drogę. Natenczas przybył do zamku kasztelański łowczy i na polowanie Bolka namówił. Tylko co srogiego odyńca w puszczy nad Zadrną odkrył, po nowym śniegu, na ślad jego trafić będzie łatwo… kusił Bolka. Wtórowali mu kasztelan Dobek,a i stary Jaksa zachęt nie szczędził.
Wyruszyli nazajutrz tuż po porannym posiłku. Nie miał jednak Bolko szczęścia. Goniąc jakiegoś dzika, którego przypadkowo w kniei napotkał, odbił się od gromady jeźdźców i pobłądził wśród ciemnego boru, który coraz dzikszy, coraz bardziej nieprzebyty się stawał. Zatrzymał konia i wówczas zauważył, że złamał łuk i zgubił torbę myśliwską, a także róg sygnałowy. Zeskoczył w grząską ziemię z konia, niezmiernie utrudzonego i całego potem zlanego. Począł rozglądać się za jakimś śladem, który by go do zamku skierował. W pewnej chwili zdawało mu się, że widzi przebłyski rzeki, więc ruszył w tym kierunku, nie bacząc na splątane gałęzie i krzewy. Godziny mijały. Jasny krąg słoneczny zniżał się szybko, wreszcie krwawa łuna zachodu oblała pnie leśnych olbrzymów. Nagle nadciągnęły chmury i zaczął padać śnieg tak obficie, że jego własne ślady zasypywał. O noclegu mowy nie było, gdyż zgubił hubkę i krzesiwo, więc nie mógł rozpalić ogniska, którego ogień wilki by odstraszył, a ślady ich widoczne były dokoła. Kroczył więc wolno przed siebie, marząc tylko o spotkaniu chaty leśnego bartnika, czy też dziegciarza, u których mógłby odpocząć i ciepłą polewką ciało ogrzać. Co jakiś czas przystawał i nasłuchiwał, czy nie usłyszy ludzkich głosów, lub parskania koni. Cisza jednak panowała grobowa. Wtedy strach obleciał księcia.
Jeżeli Matuchna Przenajświętsza ratunku mu w tak ciężkiej chwili nie ześle, to przyjdzie mu zginąć niechybnie! Modlitwę Bolko z wiarą i pokorą odmówił, a gdy ją był skończył, rozejrzał się wokół siebie i nagle wydało mu się, że za jednym z pobliskich drzew pojawiła się jakaś postać kobieca. Miała na sobie białą, powłóczystą szatę, a w miejscu głowy czaszkę. Niechybnie śmierć po mnie idzie - jak błyskawica przemknęło przez głowę księcia, i głośno o ratunek Najświętszą Panienkę jął wołać. Tedy obiecał, że z wdzięczności za ocalenie kościół ku czci Maryji zbuduje. Co nastąpiło po tych słowach Bolko nigdy nie potrafił sobie przypomnieć, bowiem przytomność odzyskał dopiero w zamku. Dowiedział się tylko, że przywiózł go pewien wieśniak, który znalazł go zemdlonego na śniegu przez przypadek, posłyszał był bowiem parskanie konia.
Kilka dni odpoczywał Bolko w zamku, a potem wyjechał do Świdnicy. Szybko też zapomniał o ślubowaniu danym Najświętszej Panience.
Minęło kilka lat. Książę znów zapragnął odwiedzić okolice Kamiennej Góry, by jak w młodości po lasach się powłóczyć i na jelenia, czy dzika zapolować.

Dzień wstawał cichy, pogodny i upalny, gdy Bolko z drużyną ruszył na łowy. Chwilę już dłuższą jechali borem, gdy naraz usłyszeli tupot jakiegoś zwierza. Nie minęło pół pacierza, a z gęstwiny wysunął się jeleń olbrzymi, ogromnymi skokami zmierzający ku rzece. Skoczył w wodę i płynąć począł ku drugiemu brzegowi. W tym momencie Bolko konia spiął i także skoczył w nurt rzeki. A gdy na wierzch wypłynął, namioty kazał rozpiąć i jadło przygotować. Wraz powrócić obiecał. Szybko jednak zgubił trop jelenia. Zamierzał więc zawrócić, gdyż pić mu się zachciało. Począł szukać jakiego źródła, lecz tylko w coraz gęstszy bór się wdzierał. Było już późne popołudnie, kiedy spragniony wypoczynku i łyku zimnej wody wyjechał na jakąś polankę. Gwałtownie wstrzymał konia i zaczął obserwować krajobraz, roztaczający się przed nim. Widok istotnie był przecudny. Łąka, jak śniegiem pokryta była zaroślami kwitnącej tarniny, a wśród niej, ponad murawą kwieciem przetykaną, roje motyli barwnych przelatywały. Bolko patrzył i oczu oderwać nie mógł. Po chwili przeniósł wzrok na duże drzewo, które na środku polany rosło, dając cień ogromny, zapraszając do spoczynku. Wtedy poczuł, że senność go ogarnia, podjechał do drzewa i w jego cieniu się położył. Niebawem usnął. We śnie ujrzał jak z ciemnej strony boru wyłania się powoli postać anioła, którego zdobiły piękne, lśniące, o kasztanowej barwie włosy. Jego oblicze pełne było troski i cierpienia. Do księcia dotarły wypowiedziane przez niego słowa:
- Przed laty ślubowałeś Najświętszej Marii Pannie kościółek wybudować i mnichów nabożnych przy nim osadzić, a nie spełniłeś tego coś obiecał...
Drzewo, pod którym leżał książę, zmieniło się w tron, na którym siedziała Maria z Dzieciątkiem. Po chwili obraz ten zniknął i pojawił się ponownie anioł, mówiąc:
- Szukałeś wody i nie znalazłeś jej... - jego słowa nie były już tak surowe, jak poprzednio.
- Wstań więc teraz i rzuć swój pierścień, a w miejscu gdzie on upadnie odkryjesz jej pod dostatkiem.
Postać anioła powoli poczęła się rozpływać, a gdy zniknął, książę obudził się. Wstał i podszedł do drzewa. Powoli zdjął z palca swój rodowy pierścień z orłem piastowskim i rzucił z rozmachem daleko przed siebie. Gdy upadł on w krzak tarniny, poszedł w tamtym kierunku. Znalazł małe źródełko, a w jego wodzie dostrzegł swój pierścień. Wtedy ręce ku niebu wyciągnął i zawołał wzruszonym głosem: -Ślubuję Ci Panie Twój ołtarz tu postawić! W tym miejscu zbuduję kościół i klasztor!
Dotrzymał przysięgi Bolko. Niebawem pismo do biskupa wrocławskiego przesłał, w którym prosił o przysłanie do Kotliny Krzeszowskiej mnichów, by osadzić ich tu na stałe. Wyjaśnił również, że czyn ten jest spełnieniem ślubowania złożonego niegdyś Najświętszej Marii Pannie. Chciał, aby przyjechali cystersi, którzy słynęli na Śląsku nie tylko cnotami niezwykłymi, ale i rozumiem wielkim i gospodarnością. Na odpowiedź nie czekał długo. Biskup Wrocławski napisał:
„Najlepiej byłoby, aby Wasza Wysokość postawił klasztor w miejscu, gdzie owe ślubowanie Najświętszej Marii Pannie złożył, ale jeżeli po tylu latach by były trudności w ustaleniu owego miejsca, rozkaż Panie wybudować klasztor pod źródłem, które palec Boży wskazywał ci podczas snu. Wskaż to miejsce mnichom, których za kilka niedziel podesłać się ośmielę i obdarz ich nadaniami tak obficie, by nigdy głodu, ani chłodu nie zaznali i aby Waszą Szczodrobliwość wspominali po wsze czasy."
Tegoż jeszcze lata 1292 roku, w wigilię św. Wawrzyńca, przyjechali do Świdnicy pierwsi cystersi henrykowscy, z opatem Teodorykiem. Książę sam wybrał się z nimi nad Zadrnę. Bez specjalnego trudu dotarł do źródełka, w którym swój pierścień odnalazł. Oznajmił zakonnikom, iż tu klasztor zbuduje i hojnie uposaży. I że w kościele onym chce być pochowany, gdy Bóg powoła jego duszę do siebie. Wkrótce spisano akt fundacyjny i już jesienią tegoż roku nad źródełkiem stanęła mała, drewniana sadyba klasztorna. Mieścił się w niej refektarz, dormitorium dla mnichów, niewielka komnata dla opata Teodoryka oraz kaplica. Dopiero kilka lat później wyrósł obok kościół murowany Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w którym po śmierci pochowany został książę Bolko I Surowy, a później jego wnuk Bolko II zwany Małym. Źródełko do dziś dnia istnieje i tryska wodą w klasztornym ogrodzie, nosząc miano książęcej studni. Sławi imię Bolka I Surowego, bo czyn dobry nigdy zaginąć nie może i pamięć o nim przetrwa wszystko!
Tekst i foto: Stanisław Gazda
potrawyregionalne.pl - Bydgoszcz
© JM Media 2008. All rights reserved. |