 |
| |
|
|
| |
Większości z nas drugi dzień Świąt Wielkanocnych nieodmiennie kojarzy się z wodą i śmigusem dyngusem, a właściwie z samym już dyngusem, bo o śmigusie zapomniano.
Poniedziałek Wielkanocny obfituje także w inne, lokalne obrzędy warte przypomnienia. Mamy więc: dziady śmigustne (śmigurtne, śmiguśne), Siudą Babę, a w Krakowie (na Zwierzyńcu), sięgająca XII wieku, tradycję odpustu zwanego ”Emausem”. | | |
Przed wiekami śmigus i dyngus były dwoma odrębnymi zwyczajami wielkanocnymi, a ich korzeni należy szukać w słowiańskiej obrzędowości pogańskiej.
Śmigus polegał na wzajemnym smaganiu się wierzbowymi witkami, pokrytymi baziami (także poświęconymi palmami) po nogach i udach (magii palm, wierzby i bazi poświęciliśmy odrębny tekst).
Natomiast dyngus - na próbie wykupywaniu się różnymi datkami od oblania wodą. Owo ”wykupienie się” było czysto symboliczne, bo wodą (mającą moc oczyszczająca) każdy musiał być tego dnia oblany.
Ks. Jędrzej Kitowicz tak pisał w swoich pamiętnikach: ”Lud wiejski, dosyć wiernie trzymający się obyczaju starego, pocieszny wyprawia dyngus alias śmigus, a mianowicie koło studzien. Parobcy od rana gromadzą się, czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają ją w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma. W miastach oblewanie się wodą nie jest powszechnie przyjętym”.
W Dobrej, opodal Limanowej, oblewanie wodą należy do dziadów śmigustnych (wzmianki o niegdysiejszych dziadach, zwanych również śmigurtnymi lub śmiguśnymi, spotykamy również w innych regionach Małopolski), ubranych w odzienia ze słomy, ukrytych za futrzanymi maskami lub osmalonymi pończochami.
Dziady z Dobrej wydają nieartykułowane dźwięki, pomruki, trąbią na blaszanych rożkach, a datków domagają się specyficzną gestykulacją. Dlaczego tak?

Prastara przypowieść podanie mówi, że jest to pamiątka przybycia do wsi uciekinierów z tatarskiego jasyru. Byli oni odziani w łachmany, otuleni słomą, mieli zmasakrowane twarze i obcięte języki. Zostali jednak przyjęci przez mieszkańców i tu osiedli. Jak chce legenda, stąd wzięła się nazwa miejscowości ”Dobra”.
 W Wieliczce i najbliższych okolicach grasuje Siuda Baba. Kiedyś był to obyczaj praktykowany tylko w Lednicy Górnej k/Wieliczki i - bez wątpienia - z tej miejscowości się wywodzący.
Według podań i legend, Siuda Baba była kapłanką słowiańskiej bogini Ledy, pilnującą. świętego ognia i źródełka w chramie na lednickim wzgórzu. Tylko raz w roku (właśnie w Poniedziałek Wielkanocny), mogła znaleźć następczynię.
Usmolona od ognia, brudna, w podartej odzieży, na wpół oszołomiona dymem ”świętego ognia”, musiała złapać dziewicę, która zostałaby jej następczynią. Uganiała się za dziewczętami po całej wsi, w towarzystwie strzelającego z bata Cygana. Wpadała do domów. Która ze złapanych nie mogła się wykupić, ta zostawała Siudą Babą na następny rok.
Wykupić można było się w dwojaki sposób - groszem wrzuconego do garnuszka lub całusem.
Pocałowanie Siudej Baby uwalniało dom od jej obecności.
Siuda Baba to mężczyzna przebrany za paskudną, niechlujną babę, w podartej spódnicy, z ziemniaczanymi koralami na szyi, z twarzą umorusaną sadzą. Chodzi często w towarzystwie równie brudnego i usmolonego Cygana.

Z biegiem lat, Siuda Baba zeszła z Lednicy do centrum Wieliczki. Zaczepia wychodzących z kościoła i natarczywie domaga się datków. Jeśli nie dostanie pieniędzy, strzela z bata i daje do pocałowania ubrudzony sadzami krzyż.
Zwyczaj ten odżył na nowo przed kilku laty. Jest starannie kultywowany i przyciąga do Wieliczki coraz liczniejsze rzesze gości, chcących spotkać się z maszkarą. Bo wykupienie się, pocałunek lub pozwolenie Siudej Babie na pobrudzenie sadzami ma zapewnić szczęcie.
Z roku na rok coraz więcej ludzi przyjeżdża do Wieliczki po wielkanocną dawkę szczęścia, więc i Siudych Bab (nierzadko w asyście specjalnych orszaków), grasuje po mieście przynajmniej kilka.
Tradycja odpustu na Zwierzyńcu w kościółku Najświętszego Salwatora (Zbawiciela) sięga wieku XII.
W XIV wieku do wioski oddalonej od Krakowa o 60 stadiów (około 10 km - podobnie jak Emaus od Jerozolimy) przyciągał także mieszkańców Krakowa.
Już wcześniej tę podkrakowską wioskę otaczano swoistym kultem. Ponoć w czasach prasłowiańskich miała tu stać świątynia Gontyna. W XIII wieku (na szczycie wzniesienia - zwanego do dziś jej imieniem) żyła bł. Bronisława - pustelniczka i mistyczka.
Pierwszy opis Emausu zawdzięczamy Giovannie Paulo Mucantiemu, który tak pisał w 1596 r.: W poniedziałek wielkanocny poszedłem oglądać kościół, który nazywają Emaus, gdzie zbiera się wielki tłum obojga płci (...) Wszystka młodzież i żacy zachowują dawny zwyczaj noszenia dnia tego różdżki wierzbowej, na której rozwinięte są bazie i tymi idąc drogą na Emaus, uderzają dziewczęta brzydsze i mówią do nich: „czemu nie rychło na Emaus”…?
Od 1696 r. zwierzynieckim odpustom towarzyszyła procesja Arcybractwa Męki Pańskiej, (istniejącego przy krakowskim kościele oo. Franciszkanów od 1595 r.).
Po dojściu pod kościółek Najświętszego Salwatora, procesja okrążała go trzykrotnie a następnie schodziła na dziedziniec klasztoru ss. Norbertanek, gdzie odbywało się spotkanie z ksienią zakonu.
Zwierzyniecki Emaus od XVII wieku miał także charakter specyficznego świątecznego spotkania, połączonego z igrcami, a odpustowi kupcy rozkładali mnogość kramów.
W wieku XIX miał już charakter ludowego festynu.
Ambroży Grabowski tak pisał o Emausie: W Poniedziałek Wielkanocny, jeżeli do tego pogoda służy, niemal cała ludność Krakowa udaje się na Emaus; miejscem zaś tego zebrania się ludu jest wzgórze na przedmieściu Zwierzyniec, około kościoła św. Salwatora i kaplicy drzewianej św. Małgorzaty. W dniu tym popołudniu panowie jadą tam powozami, a lud udaje się tam pieszo. Przechadzka ta nazywająca się Emaus, a jak pospólstwo mówi Hameus, odbywać się ma na pamiątkę udania się Chrystusa Pana do miasteczka Emaus po swojem Zmartwychwstaniu.

Odpustowe kramy wabiły karmelkowymi cukierkami, miodem tureckim, chlebem świętojańskim, daktylami, makagigami, glinianymi kogutkami, okarynami i dzwonkami służącymi do odpędzania złego, drewnianymi pukawkami, fujarkami i ptaszkami, różańcami z bibułek i ciasta lub pierników, drewnianymi siekierkami malowanymi w tajemnicze znaki oraz zabawkami wyobrażającymi Mistrza Twardowskiego na kogucie.
Charakterystycznym wyrobem odpustowym były jednak nie łakocie i wyżej wspomniane drobiazgi, lecz obszyte czarnym futerkiem, drewniane figurki kiwających się Żydów. Wierzono, że figurki te postawione w domu obok monety, przyniosą szczęście i pieniądze domownikom.
Z biegiem lat krakowską tradycją stały się poodpustowe spacery na Kopiec Kościuszki i do Lasku Wolskiego.
Emausowi towarzyszyło - bo jakże by inaczej tego dnia - obfite polewanie się wodą.
Opracowanie: (ls)
| | | |
| |
|
|
|
|