Juz moje 70 roków pamięci ogień w downych casach był święty. Był ciepły, serdecny, nas.
Trza było wymyśleć jakiesi narządka coby tyn ogień na nowo ozył. Długo krzesali na krzesiwku, pote wymyśleli patycki (zapałki), zopolnicki i cosik na podpołke. Susyli mech, huby, krzesali smoloki i scypali scypki, skórke z brzezy, coby było na podpałke. W kozdyj chałupie mieli gorcek na zor.
Sło sie do sąsiada...
- Dejcies ta zoru, trzeba słozyć ogiynek, a ni ma patycków, krzesiwko dziadek wziyni.
Kozdy kozdymu zoru uzycoł jak mu w popiele zostało. A chowało sie wągielki w popiele, coby zawse mozno było ozduchać. Juz duzo potem pod blachami tyz drzymały wągielki w popiele, duchło sie, trzosecke podłozyło, juz tańcowoł popod blache, zyngierki sie suły do popielnika. Drewno było naciupane i stoło w kosyku koło pieca.
Wiecorami tata podkładoł trzoski, sajty, obylocki przerózne, drzwicki od polyniska otwar, w izbie było jasno i ciepło. Siedzieli my na stołeckach koło niego, a on opowiadoł. Mama tyz słuchała i dołącała swoje opowieści...
- O, słysys jak piscy! To duse pokutujące w drewnie powbijane i piscom teroz bo sie polom. Wiecny odpocynek...
Tata sie uśmiychowoł i powiado -...przy spolaniu powietrze uchodzi z włókiynek drewna i słychać takie piscenie.
Co było prowdom? I to i to.
Było ciepło, było swojsko, jedzonko było uwarzone pomału, casem sie biyda było docekać kie dadzom na miski!
Miała tyz mama tańcowanie koło pieca bo trza drew donieść bo brakło. Wody ze studnie naciągnąć bo wiadro puste. A tu kapusta skipi i smród leci po izbie. A nikogo w izbie ni ma bo tata przy robocie, a zgracha goni między chałupy.
Pote to juz nawymyślali elektrycnych i gazowych śparchetów i bez dwa miesiące wszystko my miały przypolone, nawet wode w saganie.
Ale za to momy piekarniki, opiekacze, ruszta, i zimny ogień. Juz nie otrworzys dźwiyrek i dusa pokutująco nie piscy w drewnie.
W tych casach polenio pod blachom mama robiła nom legumine na wągielkach. Ni moge tego zabocyć jakie to było zmyśne!
Pod blachom, kie sie patyki wypoliły, zostały zywe wągielki, kładła takom rynecke zeliwnom i o chwile juz była legumina!
No, noprzódzi trza było ubić na piane biółtka, marmulady z jabłek wymiysać z cukrem. dać do piany, wloć na rondelek (rynecke) i wsadzić na wągle.
Nie zamykała dźwiyrek, cupiała przy nich i juz sie piana podniesła, zasusyła - gotowe!
Stryk zaś robił legumine z chleba cornego i jabłek - usmazył marmulade z psiorek, utarł chleba na tarle doł cukru do tego, cynamonu, co tam mioł, na patelnie masła sporom łyzke na to chlyb. Na chlyb marmulade na wierch zaś chlyb i poloł masłem.
To sie juz piekło na blase z jednyj i drugiyj strony. Dobre było, ale nasyj mamy lepse.
No to błysk, pstryk, juz wrze na wiecornom harbatke z malinami!
Wanda Czubernatowa - potrawyregionalne.pl
© JM Media 2011. All rights reserved. |