Jeszcze nie ma żniw, ale cięgiem cosik do zrobienia to len wyrwać, podorywać koniczyniska, zbierać nasiona kapusty i karpieli i nadłubać nowych grulek bo już w końcu lipca bywały za naszych młodych lat. Teraz sobie kupujemy cały rok w supermarketach czy jak im tam.
I sianokosy - cóż to teraz sianokosy? Nie ma pokosów, nie trzeba suszyć na grabiach, ani przewracać, ani potem grabić w kopy układać. Jedzie gazda i rulony zwija i masz ci siano, ani się poturlikać w pachnącej ziołami suchej trawie...
Robota robotą, a jeść trzeba było. Babka zostawała w domu i na wieczór upiekła babkę grulaną, czyli takie ino ziemniaczki upieczone w szabaśniku - nakroiła ziemniaków (kilo na 4 osoby wystarczyło, a czasem brakło) w trójkąciki, posoliła, popieprzyła, włożyła do wysmarowanego tłuszczem rondla, na wierzch dała resztę tłuszczu (od smarowania) i pokropiła mlekiem - 1 szklanka.
Upiekło się to w szabaśniku pod przykryciem, a pod koniec zdjęła pokrywkę i się ładnie zrumieniło.
Kwaśne mleko stało w piwnicy, nie zebrała śmietany i takie gorące z zimnym - miam mniam! Dobre było, choć przelatywało szybko przez układ trawienny.
Czasem robili wykwintne danie z żeberek i tartych ziemniaków, a to już robił stryjaszek. W następny piątek opiszemy te wspaniałości.
Skąd wtedy brali żeberka w lecie? Nie wiem. Teraz tego jest mnóstwo, a nawet dwa mnóstwa, można sobie przyrządzać i przyrządzać i zajadać i patrzeć jak pan kombajnista kosi naszą pszeniczkę na Dziołecku i na Klinie.
Pozdrawiam letnio! Pogwarzcie sobie wesoło, bo lato szybko minie!
Wanda Czubernatowa - potrawyregionalne.pl
© JM Media 2010. All rights reserved. |