WIELKA PRZYGODA Z MAŁĄ PSZCZOŁĄ
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Aktualności
Imprezy
Specjały
Przepisy i receptury
Przyprawy
Zioła
Poradnik Babci Aliny
Gwarzenie przy warzeniu
Wierszowane jodło
Kuchnia od... kuchni
Wokół kuchni i stołu
Regiony
Obyczaje
Rozmaitości
    Galerie
    Gwara
    Instytut im. W. Orkana
    Prezentacje
    Rekomendacje
    Spotkania
    Strykowe posiady
    Śpasy, wice, humor
    Warto odwiedzić
Miejsca z... klimatem
Biblioteczka
Do pobrania
Redakcja
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
Potrawy regionalne - najsmakowitszy portal w sieci
POZNAJ DOBRĄ ŻYWNOŚĆ
LISTA PRODUKTÓW TRADYCYJNYCH
REGIONALNE SMAKI - KUCHNIA Z OKRASĄ
Kalkowski
WĘDLINY DOMOWE
KLUB SZEFÓW KUCHNI
[PARTNERZY]egory
Instytut Orkana
[PARTNERZY] Stanlak

PYRA NA HOLI...


CZYLI POŻEGNANIE CEPRA Z BRYNDZĄ I OSCYPKIEM.

Musisz się pośpieszyć! Trzecia dekada września to ostatnia szansa. Jeśli chcesz to zobaczyć i sfotografować, pakuj plecak i w góry. Lojalnie uprzedzam, dostaniesz w kość. Bacówka to nie hotel z czterema gwiazdkami, ani twój dom „Pod Dębami”. Redaktor naczelny portalu, Leszek Horwath, sądeczanin z urodzenia wie co mówi. Na Polankę Wykluty, woził już wielu swoich gości. Nikt jednak nie odważył się tam zanocować.
- A A A +
Drukuj Drukuj
 E-mail  E-mail
RSS RSS
Droga jest wąska, kamienna i stroma. Czasem biegnie wzdłuż strumienia pod kątem 45 stopni. Jestem nieposłuszny i idę w krótkich spodenkach. Na dole było ciepło, powyżej 20 stopni C. 

                

Teraz chłód zaczyna kąśliwie lizać mnie po nogach. Momentami wdziera się pod koszulkę drapie po karku. Za dwa dni zaczyna się już kalendarzowa jesień. Po mijanych strzelistych bukach, rozłożystych dębach tego jednak nie widać. Żółto, brązowo i złoto będzie tu dopiero w połowie października. Ciszę przerywa szczekanie psów, dzwonki albo gwizdy. Po kilku kwadransach jestem już na miejscu.

Dla cepra z borujskiego lasu pod Nowym Tomyślem, przyzwyczajonego do płaskich widoków, to krajobraz jak z kolorowej pocztówki, znaczony pionami: sielsko, anielsko, cicho i pięknie. Aż dech zapiera. Można napaść oczy. Miejsce o powierzchni kilku hektarów zewsząd otoczone jest gęstym, wysokim lasem. Do złudzenia przypomina biodra kobiety, która po ciężkim dniu wyciszona przygotowuje się do spoczynku.

                

         

Słońce jeszcze świeci. Na progu drewnianej bacówki wykonanej z sosnowych bali, krytej czerwoną dachówką stoi szczupły ale dobrze zbudowany mężczyzna.
To Władysław Sajdak. Ma 37 lat i poszedł w ślady swojego ojca Jana który chodził z owcami po halach przez 40 lat. Wchodzę do środka. Pomieszczenie jest niewielkie, ma nie więcej niż 15 m. kw. Po lewej stronie stoi łóżko przykryte kocem, po prawej duże palenisko w wyciętej podłodze, otoczone kamieniami. Nad nim, na łańcuchu wisi duży miedziany kotlik z gotującą się wodą. W rogu stoi stół i to całe, spartańskie wyposażenie. Nie ma prądu, szafy, krzesła, okna, łazienki i wc. Woda jest na zewnątrz w kranie, przeciągnięta wężem z pobliskiego strumyka. Przezroczyście czysta ale za to piekielnie zimna. To w tym miejscu, zgodnie z wymaganiami sanepidu myje się kany, wiadra po mleku i żentycy.

          

         

W pomieszczeniu w którym siedzę panuje półmrok. Dym gryzie w oczy i drapie niemiłosiernie w gardło. Zastanawiam się ile tu wytrzymam. Gospodarz pyta, czy aby na pewno chcę tu nocować. Było paru chętnych, ale ci zwiewali. Utwierdzam go więc w przekonaniu, że jestem zdesperowany aby zaspokoić własną ciekawość. Baca częstuje mnie oscypkiem, bundzem i żentycą, a nawet wędzonym boczkiem z wieprza wyhodowanego tu na hali.
Zanim juhas Mateusz przyprowadzi zza góry owczy kierdel, zastanawiamy się gdzie będę spał. Są tylko dwie możliwości. Albo w bacówce na wyrku ale w dymie, albo w szałasie stojącym tuż przy zagrodzie z owcami. Ten ostatni to zwykła drewniana skrzynia o wymiarach jeden na niespełna dwa metry. Żeby położyć się na zgrzebnym materacu, przy moim wzroście, musiałbym ułożyć się po przekątnej, a otwór wejściowy zasłonić kawałkiem ceraty. Wybieram pierwszy wariant. Na drugi nie mam odwagi. W nocy musi tu nieźle śmierdzieć.

         

         

Przed 20.00, do kosoru czyli drewnianego kojca wpędzane są owce. Dwa psy przywiezione ze Słowacji, reagując na gwizd juhasa, sprawnie wywiązują się z tego zadania. Trwa to nie więcej niż pięć minut.

Na tę noc, z 20 na 21 września, baca Władek wróci do swojej mamy, żony Krystyny i trzech córek mieszkających w domu na przeciwległym, oddalonym o kilka kilometrów stoku. Z polany wygląda jak biały domek dla lalek. Mając dobrą lornetkę, bez problemu można śledzić kto co robi na podwórzu i przyległej łące.
Ja powar (zaganiacz) i Mateusz zostajemy pilnować owiec. Po dwudziestej robi się ciemno i zimno. Podkładam drzewo do paleniska, zakładam dres i kładę i kładę się na łóżku, przykrywając się tylko cienkim kocem. Drzwi zostawiam otwarte. Jeśli je zamknę, z braku innej wentylacji, jak oscypki leżakujące pod powałą - uwędzę się na amen. 

         

         

Opowieści o wilkach grasujących w okolicy wkładam głęboko pod kurtkę zastępującą mi poduszkę. Słychać tylko delikatne dzwonki (zbyrcoki) zawieszone u szyi owiec. Niebo jest rozgwieżdżone z dobrze widocznym Małym i Dużym Wozem na północy.
Jutro pobudka o 4.30. Ostrzegają że będzie ciemno bo słońce o tej porze roku wstaje po szóstej. Baca wróci na polanę i zacznie się dojenie dwustu owiec. To zajęcie nie dla kobiet, bo te zgodnie ze starym zwyczajem nie przynoszą szczęścia na hali ani nie powinny na niej przebywać. Tu trzeba twardego, prawdziwego faceta. Musi mieć mocne ręce i uścisk dłoni jak imadło. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Z owczych cycków palce muszą wycisnąć dwieście litrów mleka. Wiosną, w maju i w czerwcu zdarza się tak, że czynność te powtarza się jeszcze dwa razy.

         

                

Po śniadaniu ruszamy z owcami w góry zmieniając kilkakrotnie miejsce, ze zbocza na zbocze. Okoliczne pastwiska mają prawie 40 hektarów. To już końcówka tegorocznego sezonu. Na Świętego Michała kierdel wraca do domu. Skończy się kolejny sezon na hali. 

          

         

Na pół roku trzeba będzie pożegnać się z prawdziwą bryndzą i oscypkiem. Na rynku pozostaną tylko „podróby”. A cepry i tak to kupią, bo nie wiedzą że sprzedawane po sezonie góralskie sery wędzone to pucoki, gołki lub sery gazdowskie wytwarzane niemal wyłącznie z mleka krowiego. One też są produktem tradycyjnym, ale oscypkami ich nazywać nie wolno (powinny także mieć inny kształt). Jeżeli tak się nie dzieje to zwykłe oszustwo !!!




Tekst i foto:
Rafał Węgierkiewicz
© JM Media 2009. All rights reserved.
 
Wróć ...
BACÓWKA - PYSZNE WĘDLINY TRADYCYJNE!!!
LENART - TRADYCYJNE WĘDLINY DOMOWE
III ŚWIĘTO RYDZA
SPÓŁDZIELNIA MLECZARSKA W GOSTYNIU
PERŁA BIESZCZADÓW ZAPRASZA !
II KOCIOŁEK GALICYJSKI
AGROBIESZCZADY'2010
KUCHNIA PACHNĄCA TRADYCJĄ
XIX BIESIADA U BARTNIKA
GÓRALSKIE JADŁO - ŁOPUSZNA' 2010
FESTIWAL ŚLĄSKIE SMAKI
TAPETY Z KALENDARZEM 2010
PAJACYK