Droga jest wąska, kamienna i stroma. Czasem biegnie wzdłuż strumienia pod kątem 45 stopni. Jestem nieposłuszny i idę w krótkich spodenkach. Na dole było ciepło, powyżej 20 stopni C.
Teraz chłód zaczyna kąśliwie lizać mnie po nogach. Momentami wdziera się pod koszulkę drapie po karku. Za dwa dni zaczyna się już kalendarzowa jesień. Po mijanych strzelistych bukach, rozłożystych dębach tego jednak nie widać. Żółto, brązowo i złoto będzie tu dopiero w połowie października. Ciszę przerywa szczekanie psów, dzwonki albo gwizdy. Po kilku kwadransach jestem już na miejscu.
Słońce jeszcze świeci. Na progu drewnianej bacówki wykonanej z sosnowych bali, krytej czerwoną dachówką stoi szczupły ale dobrze zbudowany mężczyzna.
To Władysław Sajdak. Ma 37 lat i poszedł w ślady swojego ojca Jana który chodził z owcami po halach przez 40 lat. Wchodzę do środka. Pomieszczenie jest niewielkie, ma nie więcej niż 15 m. kw. Po lewej stronie stoi łóżko przykryte kocem, po prawej duże palenisko w wyciętej podłodze, otoczone kamieniami. Nad nim, na łańcuchu wisi duży miedziany kotlik z gotującą się wodą. W rogu stoi stół i to całe, spartańskie wyposażenie. Nie ma prądu, szafy, krzesła, okna, łazienki i wc. Woda jest na zewnątrz w kranie, przeciągnięta wężem z pobliskiego strumyka. Przezroczyście czysta ale za to piekielnie zimna. To w tym miejscu, zgodnie z wymaganiami sanepidu myje się kany, wiadra po mleku i żentycy.
W pomieszczeniu w którym siedzę panuje półmrok. Dym gryzie w oczy i drapie niemiłosiernie w gardło. Zastanawiam się ile tu wytrzymam. Gospodarz pyta, czy aby na pewno chcę tu nocować. Było paru chętnych, ale ci zwiewali. Utwierdzam go więc w przekonaniu, że jestem zdesperowany aby zaspokoić własną ciekawość. Baca częstuje mnie oscypkiem, bundzem i żentycą, a nawet wędzonym boczkiem z wieprza wyhodowanego tu na hali.
Zanim juhas Mateusz przyprowadzi zza góry owczy kierdel, zastanawiamy się gdzie będę spał. Są tylko dwie możliwości. Albo w bacówce na wyrku ale w dymie, albo w szałasie stojącym tuż przy zagrodzie z owcami. Ten ostatni to zwykła drewniana skrzynia o wymiarach jeden na niespełna dwa metry. Żeby położyć się na zgrzebnym materacu, przy moim wzroście, musiałbym ułożyć się po przekątnej, a otwór wejściowy zasłonić kawałkiem ceraty. Wybieram pierwszy wariant. Na drugi nie mam odwagi. W nocy musi tu nieźle śmierdzieć.

Przed 20.00, do kosoru czyli drewnianego kojca wpędzane są owce. Dwa psy przywiezione ze Słowacji, reagując na gwizd juhasa, sprawnie wywiązują się z tego zadania. Trwa to nie więcej niż pięć minut.
Na tę noc, z 20 na 21 września, baca Władek wróci do swojej mamy, żony Krystyny i trzech córek mieszkających w domu na przeciwległym, oddalonym o kilka kilometrów stoku. Z polany wygląda jak biały domek dla lalek. Mając dobrą lornetkę, bez problemu można śledzić kto co robi na podwórzu i przyległej łące.
Ja powar (zaganiacz) i Mateusz zostajemy pilnować owiec. Po dwudziestej robi się ciemno i zimno. Podkładam drzewo do paleniska, zakładam dres i kładę i kładę się na łóżku, przykrywając się tylko cienkim kocem. Drzwi zostawiam otwarte. Jeśli je zamknę, z braku innej wentylacji, jak oscypki leżakujące pod powałą - uwędzę się na amen.
Opowieści o wilkach grasujących w okolicy wkładam głęboko pod kurtkę zastępującą mi poduszkę. Słychać tylko delikatne dzwonki (zbyrcoki) zawieszone u szyi owiec. Niebo jest rozgwieżdżone z dobrze widocznym Małym i Dużym Wozem na północy.

Tekst i foto:
Rafał Węgierkiewicz
© JM Media 2009. All rights reserved.
|