Łącko, Jazowsko, Kicznia, czy Zabrzeż to miejscowości, gdzie stare sady, pielęgnowane z pokolenia na pokolenie, rodzą nieprawdopodobnej wielkości i smaku owoce śliwy węgierki. Czy to dbałość o owocowe drzewa, czy mikroklimat, czy też tajemniczy spiritus movens?
W 1257 r. Łącko, wieś będąca własnością księżnej Kingi, zostało zastawione za złoto, które księżna ofiarowała swemu mężowi Bolesławowi Wstydliwemu na zaciąg rycerstwa i jego wyposażenie, by odeprzeć najazd Tatarów. To - zarazem - pierwsza pisana wzmianka o miejscowości. Badacze dziejów są zdania, że już w wieku XIII były to tereny, na których rosły drzewa owocowe. Stąd do Gdańska, transportowane na tratwach Dunajcem i Wisłą, trafiało zboże i suszone owoce, a w szczególności śliwki, co potwierdzają kroniki klasztoru SS Klarysek w Starym Sączu, ufundowanego przez księżnę Kingę.
Kolejny trop w poszukiwaniu historycznej prawdy o łąckich sadach wiedzie przez „ Inwentarz poddanych” z roku 1614, w którym obok imion mieszkańców wioski wpisywano ich zawody. Tam pojawia się „ powidlaż” , czyli... wytwórca powideł śliwkowych.
Opowieści przekazywane latami z ust do ust głoszą, że na początku XX wieku, miejscowy proboszcz, ksiądz Jan Piaskowy, uwieczniony dla potomnych w nazwie jednej z ulic Łącka, dość osobliwie rozliczał z grzechów swych wiernych. W ramach pokuty, zamiast odmawiania modlitw przed ołtarzem nakazywał obsadzanie przydomowych ogrodów i pól a to dziesięcioma jabłoniami, a to pięcioma śliwami, a to drzewami grusz. Tym sposobem sady zwiększały się co roku. Jednak łąccy górale, lud podówczas prosty, pracowity, acz dociekliwy, poczęli zastanawiać się, co też na sumieniu musi mieć ksiądz dobrodziej, skoro właśnie jego sad był największym w okolicy.
To - oczywiście - anegdota, bowiem jak twierdzą źródła pisane łącki proboszcz potępiał pędzenie tego trunku w góralskich domach.
Być może stąd wzięła się inna anegdota świadcząca o powszechności pędzenia „łąckiej”, a mówiąca jak to przyjezdny (ceper) pyta napotkanego na drodze górala „gdzie można kupić prawdziwą śliwowicę”, ten zaś - wskazując na kościół - odpowiada... „tam nie”.
 Już przed I wojną światową łącka śliwowica stała się słynna w całej Polsce, a w żydowskich domach pito ją - obowiązkowo - do ryby, podczas posiłku kończącego szabas. Powszechnie znana była wówczas wytwórnia śliwowicy szabasowej (śliwowicy pejsacznej - pejsachówki) Samuela Grosbarda, właściciela łąckiej gorzelni, któremu przypisuje się słynny slogan reklamowy: „Daje krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica”. Jego następca i zięć - Inkas Ferber produkował, do wybuchu II wojny światowej, śliwowice koszerną. Jemu tez przypisuje się opracowanie techniki odpędzania, znaną i stosowaną do dzisiaj.
- W czasie II wojny światowej gorzelnię wysadziła w powietrze ruska partyzantka. Góralom zostały sady z drzewami śliwowymi, receptury i - rzecz najważniejsza - produkcyjna praktyka. A ponieważ szkoda było marnować owoców, śliwowicę pędził, kto tylko mógł. Podobno jeden z mieszkańców naszej gminy jest posiadaczem oryginalnej butelki z wytwórni Grosbarda zawierającej trunek sprzed ponad 50 lat. Nie wiem ile taka butelka mogłaby teraz kosztować. Z ciekawością, szukaliśmy jej posiadacza, by podjąć pertraktacje co do zakupu, ale wysiłki okazały się daremne - mówi Franciszek Młynarczyk, były długoletni wójt Łącka.
Ciężkie czasy nastały dla „łąckiej” po 1945 r. Wszak wyrabiając ją naruszano państwowy monopol spirytusowy. Mnożyły się milicyjne akcje, podczas których konfiskowano góralom zacier, aparaturę do destylacji, dolegliwie karano pieniężnie, a nawet zamykano za kratkami.  Wszystko na nic. Produkcja przeniosła się do lasów, a beczki przemyślnie zakopywano w miejscach tyleż ustronnych, co niedostępnych.
Na powrót do łask czekała śliwowica - z górą - 10 lat, aż stała się modna na krakawskich i warszawskich stołach. Awansowała do roli specyficznego... upominku, który sądeczanie wręczali po korzystnym dla nich załatwieniu spraw wszelakich. Tak zagościła i stała się poszukiwanym trunkiem na ówczesnych dygnitarskich stołach, nie tylko rządowych, lecz także partyjnych. Producentów, co prawda, poszukiwano i karano nadal, ale już bez specjalnego przekonania w sensowność akcji. Pogodzono się z faktem, że na góralski upór lekarstwa nie ma.
Zapraszamy do wysłuchania reportażu o łąckiej śliwowicy, nagranego podczas dorocznego, majowego „Święta Kwitnących Jabłoni”, w 2006 r. (MP 3).
Śliwowica to bodaj najpilniej strzeżona tajemnica Łącka. Receptura przechodzi z pokolenia na pokolenie, niczym rodowy klejnot. Wiadomo wszak, że do jej sporządzania potrzebne są śliwy z pestkami, cukier, dębowe beczki i urządzenie do destylacji, którego konstrukcja to też tajemnica. Niezbędne jest 2-3 letnie leżakowanie, po którym trunek uzyskuje krystaliczną biel, zatrzymuje zapach śliw i ma nieprawdopodobną moc (76 proc.).
Dziwna sprawa z tą śliwowicą. Wszyscy wiedzą, że była i jest. Smakosze oddadzą za nią każdy inny trunek, a wytwarzana nadal musi być półoficjalnie, już bez prawno-policyjnych szykan, bowiem na początku lat 90. uznana została oficjalnie za... „ dobro kultury niematerialnej". Widać, komuś w kręgach rządowych musiała bardzo posmakować. Wiadomo też, że najlepsza jest ta 3-4 letnia. Mało która beczka jest w stanie doczekać tak "sędziwego wieku".
Jak można ją kupić? Można. Jak używać? Z umiarem. Ewentualnie - leczniczo, tzn. pół na pół z mocną herbatą, gdy tylko zaczyna się przeziębienie lub - co gorsza - grypa. Nie jest to bynajmniej homeopatia, ale znam wielu, którzy zanim sięgną po farmaceutyki próbują... „góralskiej kuracji” .
Różne są regionalne określenia, którymi w Polsce nazywa się mocne alkohole wyrabiane tzw. domowym sposobem. Najbardziej znane to: „bimber", „samogon”, „księżycówka” czy „krzakówka. Trudno jednak człowieka, który raz posmakowawszy łąckiej odważyłby się określić ją jednym z tych mian. Byłaby to profanacja! Wielu natomiast mówi o niej krótko - niemal z nabożną pieszczotliwością... „śliwka” lub „krasilica”. Są też składający jej hołdy szczególne, jak krakowski poeta Adam Ziemianin, który uwieczniają ją w specjalnym wierszu...
Łącka śliwowica
Błękit po sadzie się kładzie
delikatnie - ale z nadzieją
ten błękit prawie nieziemski
wielka siła bije od niego
Pańskie oko śliwki liczy
węgierki na chłodno rozbiera
będzie trochę śliwowicy
a potem trochę wesela
Piosenka z dzieciństwa
dziarsko ciśnie się na usta
gospodarz trochę śpiewa
lecz jeszcze bardziej się wzrusza:
U dziadunia w sadzie
błękitni się śliwa
dziadziuś ją posadził
wnuczek śliwki zrywa
Kolorowe śliwki
meszek aż niebieski
i ja też dziaduniu
nie wyrzucę pestki...
Nauka w las nie idzie
lecz w sadzie zostaje
bo trzeba przestrzegać
rodzinne zwyczaje
Jeszcze tylko podpis
na makatce zwisa:
"Daje krzepę krasi lica
nasza łącka śliwowica"
Tekst, foto i nagranie: Leszek Horwath
© JM MEDIA 2006/2010. All rights reserved.
|